Trzy czwarte Polaków wierzy w informacje, które znajdzie w internecieBeata Ratuszniak
Jak wynika z badania European Trusted Brands 2010, aż 72 procent Polaków ufa informacjom w globalnej sieci. Co ciekawe, pod tym względem utrzymujemy się w europejskiej czołówce.
Pod względem zaufania do internetu wyprzedzają nas jedynie Czesi. Średnia dla wszystkich europejskich krajów wynosi 49 procent. Jednocześnie, jak wynika z tego samego badania, Polska zajmuje 32. miejsce pod względem liczby użytkowników zarejestrowanych w serwisie Facebook. Wyprzedzamy między innymi Norwegię, Austrię czy Finlandię.
Zdaniem autorów badania w Polsce rośnie również popularność internetu. Coraz większa liczba łącz szerokopasmowych może mieć wpływ na wskaźnik zaufania. Ale też, jak wynika z European Trusted Brands, coraz bardziej dążymy do nowoczesności. W części badania, w której respondenci mieli wsklazać najważniejsze cechy swojej osobowości, aż 42 procent wskazało właśnie na nowoczesność. To drugi najwyższy wynik w Europie.
Co ciekawe, Polacy bardziej ufają dziennikarzom, niż politykom. Zdaniem profesora Janusza Czaipińskiego, mamy kilka wyjątków, na przykład ufamy bardziej Parlamentowi Europejskiemu, niż krajowemu.Takim wyjątkiem są również dziennikarze i internet, którym ufa w Polsce większy odsetek obywateli niż średnio w Europie. Źródłem tej polskiej selektywnej „nadufności" jest skrajny brak zaufania do polityków i instytucji państwa. To tak, jakby rodacy chcieli powierzyć agendom unijnym większą władzę a dziennikarzom większą kontrolę nad poczynaniami naszych polityków i naszej biurokracji.European Trusted Brands to coroczne badanie realizowane przez Reader’s Digest. Respondenci wybierani są spośród mieszkańców szesnastu europejskich krajów. W tegorocznej edycji badania wzięło udział 32 163 osób. Badanie realizowano metodą ankiety on-line i przy pomocy tradycyjnej poczty.
Coraz tańsze kredyty na mieszkania
Od początku roku średnie oprocentowanie kredytów hipotecznych w złotych spadło o 0,8 punktu procentowego. To oznacza prawie 9-procentowy spadek miesięcznej raty kredytu zaciąganego na 30 lat.
Oprocentowanie kredytu hipotecznego składa się z dwóch parametrów: marży banku oraz tzw. stawki bazowej, która jest pośrednio zależna od stóp procentowych. Obniżka każdego z tych parametrów to dobra wiadomość dla kredytobiorców, gdy spadają oba wskaźniki – to wiadomość świetna. Od początku styczna br. trzymiesięczny WIBOR (będący najpopularniejszą podstawą wyliczania oprocentowania spadł z 4,27 do 3,86 i jest najniższy w historii. Najszybciej wskaźnik ten zmieniał się na przełomie marca i kwietnia kiedy to na stałe spadł poniżej 4 procent.
Ale stawki mogą równie dobrze zacząć rosnąć, dla zaciągających kredyt ważniejsze są zmiany marży, bo ta zostaje wpisana w umowę kredytową i pozostaje niezmieniona do końca jej trwania. A pożyczając na mieszkanie zadłużamy się na 25, 30 czy jeszcze więcej lat (Allianz Bank, Bank Ochrony Środowiska i Getin Noble Bank są w stanie pożyczyć nawet na 50 lat).
Podobną skalę spadku zanotowano w tym okresie dla średnich marż złotowych kredytów hipotecznych (z 2,6 do 2,2). Wpływ na to miały dwa podstawowe czynniki. Po pierwsze najgorszą falę kryzysu mamy już za sobą i okazało się, że polska gospodarka (a także sektor bankowy) wyszła z niego w stosunkowo dobrym stanie, zmalało zagrożenie bezrobociem i falą niespłacanych kredytów – banki mogą więc odkręcić kredytowy kurek.
Z drugiej strony intensywniejsza akcja kredytowa jest spowodowana wysoką nadpłynnością banków, które mają spore zapasy pieniędzy – a przecież kredyt hipoteczny jest jedną z bezpieczniejszych pożyczek (bo zabezpieczoną nieruchomością). Chcąc konkurować na trudnym rynku poszczególne instytucje muszą uatrakcyjniać ofertę, trend ten obserwujemy od jesieni ubiegłego roku. - Kredyt jest nadal trudniej dostać niż w 2007 roku, jednak od stycznia obserwujemy duży wzrost pozytywnych decyzji kredytowych – mówi Marcin Fabianowicz, doradca finansowy w Wealth Solutions.
Sumaryczny spadek oprocentowania kredytu złotowego (o 0,8 pkt proc.) oznacza, że rata średniego kredytu zaciąganego na 30 lat spadła o około 8,8 proc. i dla kredytu na 200 tys. zł z wkładem własnym w wysokości 25 proc. wynosi 1207 zł, przy czym jeszcze cztery miesiące temu było to 1313 złotych.
Jak zmienia się rata kredytu w zależności od kwoty i okresu kredytowania
Źródło: obliczenia własne
Praktycznie w każdym tygodniu kilka banków zmienia cennik kredytów hipotecznych – zarówno walutowych jak i złotowych. Jeśli chodzi o te ostatnie, to w ostatniej dekadzie kwietnia uczyniły to m.in. Bank Ochrony Środowiska (obniżki o 0,3-0,6 pkt proc.), Deutsche Bank PBC (o 0,1-0,2 pkt proc.), Kredyt Bank (dla najbardziej wiarygodnych klientów obniżki sięgają 0,61 pkt proc.) i PKO BP (marże spadły o 0,3 do 0,35 pkt proc.). Z początkiem maja zmieniła się też oferta Banku Zachodniego WBK, który ułatwia dostęp do swojej promocyjnej marży (1,35 – najniższa na rynku).
Oprócz obniżek marż banki podnoszą maksymalne LTV (stosunek kwoty kredytu do wartości nieruchomości) rezygnując z wymagania wkładu własnego. Tu jednak ich działania są ostrożne, bo od kredytobiorców wymaga się ubezpieczenia niskiego wkładu, co ma zabezpieczać interesy banku. - Nasi klienci mogą teraz dostać kredyt nawet na 110% wartości nieruchomości. Trzeba sobie jednak zdawać sprawę, że taki kredyt jest znacznie droższy niż zaciągany z 20-procentowym wkładem własnym. Banki konkurują ceną głównie o klientów dysponujących własnymi oszczędnościami – mówi Marcin Fabianowicz.
Banki obniżają marże stosując jednocześnie tzw. sprzedażą wiązaną (ang. cross-selling). Chodzi o to, by przy okazji kredytu hipotecznego klient nabył także kilka innych produktów bankowych. I tak, na najlepszą ofertę kredytu mogą liczyć tylko ci, którzy nie tylko założą konto czy zakupią kartę kredytową. Czasami trzeba jeszcze zadeklarować przelewanie na rachunek w banku konta czy zdecydować się na program regularnego oszczędzania. - Klientowi nie zawsze opłaca się korzystać ze wszystkich proponowanych promocji. Koszty związane z niektórymi produktami oferowanymi przez banki mogą przewyższać korzyści płynące z obniżenia marży. Szczególnie dotyczy to wszelkiego rodzaju ubezpieczeń – wyjaśnia Marcin Fabianowicz.
Należy oczekiwać, że takie ostrożne liberalizowanie rynku będzie trwać jeszcze co najmniej przez kilka miesięcy. Nie mamy jednak co liczyć na powrót powszechnie dostępnych kredytów z marżami na poziomie 1 punktu procentowego.
/ Wealth Solutions
In vitro. Biznes bez żadnej kontroliprawo, biznes, zdrowie, polityka, leczenie, lekarz, in vitro, zapłodnieniePrzez 20 lat nie udało się w Polsce ustanowić prawa regulującego zapłodnienie metodą in vitro. Dodatkowo dziś Sejm zajmie się projektem ustawy, który mówi o karze 3 lat więzienia za taki zabieg.W Sejmie jest wprawdzie sześć projektów ustawy bioetycznej, która ma unormować m.in. tę kwestię, ale nie zanosi się na to, by prędko została uchwalona.Zdaniem praktyka, dra Artura Polaka, kierownika kliniki leczenia niepłodności Polmed, spory polityków są jałowe, bo nie prowadzą do rozwiązania najistotniejszych problemów.
Jak obecnie wyglądają regulacje dotyczące zapłodnień in vitro w Polsce?Artur Polak: Stan prawny jest taki, że można robić wszystko w sposób niekontrolowany. To niedobrze, bo powinny być wytyczne takie jak w innych krajach. Przykładowo, w Izraelu, gdzie uczyłem się metod zapłodnienia pozaustrojowego, wpisuje się do ogólnokrajowego rejestru każdą kobietę, która poddaje się tego typu zabiegowi. U nas brak jest takiego systemu kontroli, co jest błędem, ponieważ stwarza to pole do nadużyć. W krajach skandynawskich czy we Francji dobrze też funkcjonuje refundacja takich zabiegów. A Polska jest jedynym krajem, gdzie to nie jest w żaden sposób unormowane. Moim zdaniem wystarczy zobaczyć, jakie prawo obowiązuje w innych państwach i wykorzystać te rozwiązania, które się sprawdziły.Zatem dyskusja toczona w parlamencie jest zbędna?Mamy podstawowe przepisy, takie jak ustawę o zawodzie lekarza i zakładach opieki zdrowotnej. Oprócz kontroli nad zabiegami, o której już wspomniałem, nie ma też wyznaczonych standardów, jakie powinny spełniać kliniki przeprowadzające zabiegi in vitro. Taka placówka musi mieć odpowiedni sprzęt, np. minimum dwa inkubatory, gdzie przechowuje się pobrane i zapłodnione komórki, czy pojemniki z ciekłym azotem, w których trzyma się niewykorzystane zarodki. To wszystko musi działać non stop, więc kolejnym ważnym elementem jest zasilanie awaryjne oraz rezerwowe pojemniki. I takie sprawy powinny zostać określone jako standard dla ośrodków zajmujących się zapłodnieniami in vitro. Tymczasem posłowie dyskutują o tym, czy można tworzyć nadliczbowe zarodki albo czy je zamrażać, czy nie.No właśnie, a jakie znaczenie ma liczba zarodków? Czy powinna być określona w przepisach?Zapisywanie w ustawie, że wolno tworzyć tylko określoną liczbę zarodków jest nieporozumieniem – oczywiście z medycznego punktu widzenia. Bo wtedy stawiamy pod znakiem zapytania skuteczność takiego leczenia niepłodności. Zaraz wyjaśnię dlaczego. To, ile zarodków wszczepimy kobiecie, ma wpływ na końcowy sukces – czyli utrzymanie ciąży i urodzenie zdrowego dziecka. Teoretycznie im więcej zarodków wszczepimy, tym większe szanse na narodziny. Nie można jednak też przesadzić, bo wtedy wzrasta prawdopodobieństwo ciąż mnogich i powikłań, których chcemy uniknąć.Można zatem określić, ile takich komórek jest potrzebnych do przeprowadzenia pozaustrojowego zapłodnienia?Optymalna liczba zależy od wielu czynników, choćby tego, ile kobieta ma lat i jaki jest stan jej zdrowia. Zwłaszcza że wiek kalendarzowy kobiety nie zawsze jest równy jej wiekowi biologicznemu. Dlatego odgórne ustalanie, że nie można tworzyć więcej zarodków niż zapisana w ustawie liczba, ma niewielki sens. W ten sposób już na początku zmniejsza się szanse na powodzenie zabiegu. Przy założeniu, że nie wolno nam tworzyć np. więcej niż dwóch zarodków, statystycznie rzecz ujmując, w rezultacie będzie trzeba przeprowadzić więcej zabiegów danej pacjentce, żeby urodziła dziecko. Moim zdaniem to nie ma sensu, bo wtedy ludzie, którzy będą chcieli skorzystać z zapłodnienia in vitro, pojadą zrobić zabieg do innego kraju, gdzie skuteczność jest większa.A jak można sprawdzić, czy dana klinika jest skuteczna w leczeniu niepłodności?W Polsce i w tym względzie nie ma sprecyzowanych zasad. Powinno być tak, że podaje się wyniki leczenia w jeden ustandaryzowany sposób. Niestety, zdarza się, że kliniki, aby poprawić sobie notowania, przedstawiają dane, które nie pokazują pełnego obrazu. Przykład – cześć placówek chwali się liczbą tzw. ciąż biochemicznych. To de facto tylko stwierdzenie, że poziom hormonu HCG jest w przedziale świadczącym o tym, że kobieta jest w ciąży. Po paru tygodniach może się okazać, że połowa ciąż biochemicznych została poroniona z naturalnych powodów. Na świecie szanujące się kliniki za standard przy potwierdzeniu uzyskania ciąży przyjmują obraz pęcherzyka ciążowego z USG. Ostatecznym kryterium pokazującym skuteczność danego ośrodka są rzecz jasna urodzone dzieci. A ich liczba jest zazwyczaj znacznie mniejsza od ciąż biochemicznych.Gdzie można porównać dane prezentowane przez poszczególne kliniki?Monitoringiem działalności klinik leczących bezpłodność zajmuje się European Society of Human Reproduction and Embryology z siedzibą w Belgii. Niestety nie wszystkie działające w Polsce ośrodki przesyłają tam swoje dane. Na blisko 40 klinik mniej niż połowa składa raporty do ESHRE. Według mojej oceny 18 polskich placówek jest w stanie przeprowadzić wszystkie zabiegi od „a” do „z” związane z in vitro.Jak duża jest skala bezpłodności w Polsce?Ze statystyk wynika, że problemy z poczęciem dziecka może mieć około 20 proc. par, a więc można tę grupę oszacować na 1,5 o 2 mln. Ale nie oznacza to, że aż tylu ludzi musi korzystać z in vitro. Dla większości wystarczająca będzie terapia farmakologiczna albo inseminacja. Tylko jedna czwarta ze wspomnianych 2 milionów będzie potrzebowała in vitro.Rozwój cywilizacji i związane z nim negatywne zjawiska mogą zwiększać bezpłodność społeczeństwa?Trudno jednoznacznie stwierdzić, że niepłodność jest skutkiem zmian cywilizacyjnych. Sądzę, że dawniej skala problemu była podobna. Tyle że mniej się o tym mówiło, bo temat był dla wielu osób wstydliwy. Mniejsze były również możliwości leczenia. Samo porównanie tego, co było naście lat wstecz, stwarza problemy. Weźmy przykładowo parametry nasienia męskiego. Normy dotyczące liczby plemników w spermie od lat systematycznie obniżają się. Kiedyś za normę uważano 60 mln plemników w mililitrze, teraz jest to 20 mln. Ale dzieci nadal się rodzą.Innym istotnym czynnikiem jest wiek kobiety. Panie zachodzą w ciąże coraz później, co wynika z różnych uwarunkowań społecznych, choćby zmiany stylu życia. A im kobieta starsza, tym mniejsza jej płodność. Wyróżnia się nawet dwa progi wiekowe, po których płodność u pań w sposób wyraźny się obniża. Pierwszy jest po 27.–28. roku życia, drugi po 33.–35.A jaki wpływ ma stres, którego w dzisiejszych czasach nam nie brakuje?Nie demonizowałbym stresu jako czynnika powodującego utratę płodności. Przyjmując takie założenie, w krajach afrykańskich, gdzie ludzie żyją w biedzie i ekstremalnych warunkach nie powinny się rodzić dzieci.Oczywiście jeśli mężczyzna jest policjantem z dochodzeniówki, to jest prawdopodobieństwo, że jego spermatogeneza będzie słaba. Niedobry wpływ ma również pole elektromagnetyczne emitowane przez komputery albo metale ciężkie, na kontakt z którymi narażony jest np. robotnik na platformie wiertniczej podczas wydobycia ropy. Swego czasu słyszałem, że pewien koncern naftowy płacił nawet odszkodowania swoim pracownikom, którzy doznali upośledzenia płodności. Jest więc grupa zawodów, których wykonywanie może doprowadzić do problemów z prokreacją.Jak ocenić, czy dotknęła nas bezpłodność?Większość par potrzebuje przeciętnie około roku współżycia, żeby mieć 80 proc. szans na ciążę. Kiedyś uważano, że dwa lata bezowocnych starań o poczęcie dziecka oznaczają bezpłodność. Jeśli rozpatrujemy przypadek kobiety po 30. roku życia, ten czas może być dłuższy.Ile średnio kosztuje zapłodnienie in vitro?Koszty trzeba podzielić na kilka pozycji. Sam zabieg, czyli pobieranie komórek, zapłodnienie in vitro, wszczepianie zarodków to koszt ok. 5 tys. zł. Drugą bardzo istotną pozycją są leki. Odpowiednia kuracja poprzedzająca zabieg w zależności od przypadku może kosztować od 2 do nawet 6 tys. zł. Do tego trzeba jeszcze doliczyć niezbędne badania – które mogą pochłonąć ok. 500 zł. W sumie przeciętny koszt zamyka się granicach 10 tys. złotych.Anna Wawryszuk